Najważniejsze fakty o wyzwaniu 28 szczytów
- To lista 28 najwyższych szczytów wybranych pasm górskich w Polsce, a nie przypadkowy zestaw popularnych gór.
- Projekt ma charakter turystyczny i krajoznawczy, więc liczy się nie tylko wejście, ale też poznanie regionu.
- Jeśli chcesz zdobyć oficjalne potwierdzenie, musisz udokumentować wejścia zgodnie z zasadami klubu.
- Najwygodniej planować zdobywanie regionami, a nie według przypadkowej kolejności z listy.
- Wysokość nie zawsze mówi prawdę o trudności. Czasem niższy szczyt męczy bardziej niż znacznie wyższy.
Czym właściwie jest ten projekt górski
Patrzę na ten temat jak na sprytnie zaprojektowaną zachętę do poznawania polskich gór w pełnym przekroju. Nie chodzi tu wyłącznie o „najwyższe góry kraju”, ale o 28 wybranych szczytów różnych pasm, które mają prowadzić przez Tatry, Beskidy, Sudety, Bieszczady i Góry Świętokrzyskie. Dzięki temu z jednego celu robi się cała mapa górskiej Polski, a nie tylko kolejna odhaczana lista.
Ważne jest też to, że ten projekt nie jest czystą, laboratoryjną geografi ą. Wybór szczytów opiera się na konkretnym założeniu turystycznym: liczyły się pasma, do których prowadziły znakowane szlaki, a nie wyłącznie teoretyczna „najwyższość” w sensie kartograficznym. Dlatego część nazw może budzić pytania u osób, które znają współczesne podziały regionalne. Z perspektywy turysty to nie wada, tylko sygnał, że ta lista ma własną logikę i własną historię.
Dla czytelnika oznacza to jedno: jeśli chcesz przejść ten szlak symbolicznie albo formalnie, nie szukaj w nim idealnego atlasu. Traktuj go jako ustalony zestaw gór, który ma sens przygodowy i krajoznawczy. To właśnie dlatego temat przyciąga zarówno osoby początkujące, jak i ludzi, którzy w górach byli już wiele razy. Następny krok to zrozumienie, jak ta lista jest zaliczana w praktyce.
Jak działa zaliczanie wejść
Jeśli celem jest nie tylko własna satysfakcja, ale też oficjalne zdobycie tytułu, trzeba podejść do tego trochę bardziej uporządkowanie. W praktyce chodzi o książeczkę, dokumentowanie wejść i spełnienie zasad klubu. Każdy szczyt ma własne miejsce do potwierdzenia, a dowodem zwykle jest fotografia ze szczytu i pieczęć z miejsca wskazanego w regulaminie, najczęściej schroniska, placówki lub najbliższej miejscowości. W niektórych sytuacjach potwierdzeniem może być też podpis uprawnionej osoby spotkanej na szlaku.
Najważniejsza rzecz, o której wiele osób dowiaduje się za późno, jest prosta: jeśli zależy ci na formalnym zaliczeniu, nie zakładaj, że każde dawne wejście automatycznie się liczy. Warto wcześniej sprawdzić zasady i prowadzić dokumentację od początku, bo później łatwo wpaść w pułapkę brakującego zdjęcia, pieczątki albo po prostu bałaganu w notatkach. Ja zwykle radzę traktować książeczkę jak dziennik wypraw, a nie jak biurokratyczny dodatek.
Jeżeli natomiast chcesz przejść tę listę tylko dla siebie, możesz uprościć całość do własnego systemu: mapa, notatki, zdjęcia w telefonie i prywatna checklista. To nadal działa i często jest nawet przyjemniejsze. Formalności mają sens wtedy, gdy naprawdę zależy ci na oficjalnym potwierdzeniu. Dopiero na takim tle pełna lista 28 szczytów zaczyna układać się w konkretny plan działania.

Pełna lista 28 szczytów i co z niej wynika
Poniżej podaję wykaz w układzie używanym przy tym projekcie. Wysokości traktuj jako wartości odniesienia, bo przy kilku górach nowsze pomiary potrafiły minimalnie korygować liczby, ale dla zdobywania najważniejsza jest zgodność z oficjalnym wykazem, a nie kartograficzna dyskusja o jednym czy dwóch metrach.
| Lp. | Szczyt | Pasmo | Wysokość |
|---|---|---|---|
| 1 | Rysy | Tatry | 2499 m |
| 2 | Babia Góra | Beskid Żywiecki | 1725 m |
| 3 | Śnieżka | Karkonosze | 1603 m |
| 4 | Śnieżnik | Masyw Śnieżnika | 1423 m |
| 5 | Tarnica | Bieszczady Zachodnie | 1346 m |
| 6 | Turbacz | Gorce | 1310 m |
| 7 | Radziejowa | Beskid Sądecki | 1266 m |
| 8 | Skrzyczne | Beskid Śląski | 1257 m |
| 9 | Mogielica | Beskid Wyspowy | 1171 m |
| 10 | Wysoka Kopa | Góry Izerskie | 1126 m |
| 11 | Rudawiec | Góry Bialskie | 1106 m |
| 12 | Orlica | Góry Orlickie | 1084 m |
| 13 | Wysoka | Pieniny | 1050 m |
| 14 | Wielka Sowa | Góry Sowie | 1015 m |
| 15 | Lackowa | Beskid Niski | 997 m |
| 16 | Kowadło | Góry Złote | 989 m |
| 17 | Jagodna | Góry Bystrzyckie | 977 m |
| 18 | Skalnik | Rudawy Janowickie | 945 m |
| 19 | Waligóra | Góry Kamienne | 936 m |
| 20 | Czupel | Beskid Mały | 931 m |
| 21 | Szczeliniec Wielki | Góry Stołowe | 919 m |
| 22 | Lubomir | Beskid Makowski | 904 m |
| 23 | Biskupia Kopa | Góry Opawskie | 889 m |
| 24 | Chełmiec | Góry Wałbrzyskie | 850 m |
| 25 | Kłodzka Góra | Góry Bardzkie | 765 m |
| 26 | Skopiec | Góry Kaczawskie | 724 m |
| 27 | Ślęża | Masyw Ślęży | 718 m |
| 28 | Łysica | Góry Świętokrzyskie | 614 m |
Ta tabela pokazuje coś ważniejszego niż samą kolejność wysokości. W praktyce projekt prowadzi przez bardzo różne typy gór: od wysokogórskich Tatr, przez długie beskidzkie grzbiety, po krótsze, ale zaskakująco wymagające wejścia w Sudetach i Górach Świętokrzyskich. To dlatego przy planowaniu nie warto patrzeć tylko na metry. Lepiej pytać: jak długi jest szlak, ile jest przewyższenia, czy trasa jest odsłonięta i czy wejście da się połączyć z innymi szczytami w tej samej okolicy. I właśnie do tego przechodzę dalej.
Jak sensownie ułożyć kolejność zdobywania
Ja lubię traktować tę listę nie jak wyścig, ale jak projekt na kilka sezonów. Najlepsze efekty daje układanie celów regionami, bo wtedy ograniczasz niepotrzebne przejazdy i nie marnujesz sił na przypadkowe przeskoki po mapie. W praktyce można zacząć od szczytów, które są dobre „na rozruch”, a dopiero potem brać te bardziej wymagające, szczególnie jeśli dopiero budujesz formę albo testujesz sprzęt.
- Na początek dobrze sprawdzają się góry z prostym dojściem i krótszym podejściem, na przykład Ślęża, Chełmiec, Kłodzka Góra, Biskupia Kopa czy Szczeliniec Wielki.
- W drugim kroku warto łączyć pasma w logiczne bloki, na przykład kilka celów sudeckich w jednym wyjeździe albo kilka beskidzkich grzbietów w jeden dłuższy weekend.
- Na końcu najlepiej zostawić szczyty najbardziej zależne od pogody, długich podejść albo mocniejszej kondycji, czyli zwłaszcza Rysy, Babią Górę, Tarnicę i długie trasy w wyższych partiach Beskidów.
Praktycznie myśląc o wyjazdach, układałbym je tak: najpierw Sudety i Świętokrzyskie jako krótsze, bardziej przewidywalne etapy, potem Beskidy i Pieniny, a osobno Tatry oraz Bieszczady, które wymagają większego respektu wobec pogody i dystansu. To nie znaczy, że niższe szczyty są „łatwe”, a wyższe „trudne”. Bardziej liczy się charakter trasy. Długi, błotnisty marsz przez las bywa bardziej męczący niż krótki, ale stromy finisz na znany wierzchołek. Z takiego myślenia płynnie wynika pytanie o to, które szczyty naprawdę potrafią zaskoczyć.
Które szczyty potrafią zaskoczyć najbardziej
Wielu ludzi patrzy na wysokość i od razu zakłada, że sprawa jest prosta: im niższa góra, tym mniejszy wysiłek. To częsty błąd. W tym projekcie kilka niskich szczytów potrafi zabrać więcej energii niż bardziej znane ikony górskie. Decydują o tym przede wszystkim długość podejścia, przewyższenie, ekspozycja na wiatr, rodzaj nawierzchni i pora roku.
- Rysy są oczywistym wymagającym celem, ale problemem bywa nie tylko wysokość, lecz także zmiana warunków w trakcie dnia i dłuższy, poważny charakter wyprawy.
- Babia Góra słynie z bardzo kapryśnej pogody, więc nawet przy dobrej formie trzeba liczyć się z wiatrem i szybkim pogorszeniem widoczności.
- Tarnica potrafi wyglądać łagodnie na mapie, ale w praktyce wymaga solidnego, równego tempa i szacunku do dystansu.
- Lackowa, Radziejowa czy Jagodna uczą cierpliwości, bo to często długie, leśne podejścia bez spektakularnej „nagrody” po drodze.
- Śnieżka bywa zdradliwa przez ekspozycję na wiatr i warunki pogodowe, nawet jeśli technicznie nie jest to najtrudniejszy cel na liście.
To właśnie dlatego nie lubię oceniać tej listy wyłącznie po metrach. Dla jednych najtrudniejszy będzie samotny, długi marsz przez Beskid Niski, dla innych zimowe wejście na Babią Górę, a dla jeszcze innych po prostu dobre zarządzanie energią w trakcie kilkudniowej serii wyjazdów. Jeżeli chcesz robić tę listę rozsądnie, trzeba też zadbać o przygotowanie, a nie tylko o ambicję.
Jak przygotować się do wejść bez zbędnego ryzyka
Najczęściej nie przegrywa się z wysokością, tylko z niedoszacowaniem warunków. Dlatego przy takim projekcie stawiam na prosty zestaw zasad: sprawdzona prognoza, rozsądny start, odpowiedni ubiór i zapas czasu. Nawet łatwiejsze szczyty potrafią dać w kość, jeśli wejdziesz na nie w złym obuwiu albo ruszysz za późno.
- Buty powinny być dopasowane do terenu, nie do zdjęcia. Na większość tras wystarczy stabilny but trekkingowy, ale na dłuższe i bardziej kamieniste podejścia nie warto iść w przypadkowych sneakersach.
- Warstwy ubioru są ważniejsze niż gruba bluza. Lepiej mieć kilka cieńszych warstw i kurtkę przeciwwiatrową niż jedną rzecz, której nie da się dopasować do warunków.
- Woda to nie detal. Na krótsze wyjście wystarczy zwykle 1,5 litra, ale na dłuższe beskidzkie i tatrzańskie marsze zabieram 2 do 3 litrów, zależnie od temperatury i długości trasy.
- Mapa offline albo zapisany ślad są przydatne nawet na popularnych szlakach. W mgłę albo przy gorszym oznaczeniu łatwo stracić rytm marszu i czas.
- Start wcześnie rano daje największy margines bezpieczeństwa. To szczególnie ważne latem, gdy pogoda potrafi zmieniać się szybciej, niż planowało się w domu.
- Zapas energii warto mieć w prostych przekąskach, które da się zjeść w marszu, bez kombinowania i bez długiego postoju.
Jeśli zbierasz szczyty w grupie albo z rodziną, rozsądnie jest dopasować tempo do najsłabszej osoby, a nie do najszybszej. To brzmi banalnie, ale w górach banalne rzeczy często robią największą różnicę. Przy takiej organizacji łatwiej też uniknąć błędów, które najczęściej spowalniają zdobywanie całej listy.
Najczęstsze błędy, które spowalniają zdobywanie
Najbardziej typowy problem widzę zawsze ten sam: ludzie zaczynają od marzenia o finale, a nie od logistyki. Chcą w pierwszym roku zaliczyć wszystko, a potem okazuje się, że po drodze giną pieczątki, zdjęcia, wolne weekendy i zdrowy rozsądek. Z takiego podejścia zostaje głównie frustracja.
- Brak planu regionalnego sprawia, że ktoś jedzie po jeden szczyt, a wraca przez pół kraju. To marnuje czas i pieniądze.
- Ocenianie trudności tylko po wysokości kończy się zaskoczeniem na długich, leśnych podejściach.
- Ignorowanie pogody bywa szczególnie kosztowne w górach bardziej wystawionych na wiatr i szybkie zmiany warunków.
- Brak dokumentacji potrafi zepsuć cały oficjalny cel, nawet jeśli turystycznie wszystko było zrobione dobrze.
- Upychanie zbyt wielu szczytów w jeden wyjazd często obniża jakość całej wyprawy. Lepszy jest mniejszy zakres, ale zrobiony uważnie.
Ja wolę myśleć o tej liście jak o projekcie długodystansowym. Wtedy każdy błąd da się naprawić, a każdy wyjazd czegoś uczy. To podejście prowadzi do dużo ciekawszej nagrody niż samo „zaliczenie” kolejnych punktów, bo na końcu zostaje nie tylko komplet szczytów, ale też realna znajomość górskich regionów Polski.
Z jednej listy robi się bardzo dobry plan na kilka sezonów
Największa zaleta tego projektu jest moim zdaniem taka, że nie zamyka się w jednym typie gór. Jednego miesiąca idziesz na odsłoniętą, wietrzną grań, a później trafiasz do spokojniejszego lasu, na widokowy grzbiet albo na szczyt, który bardziej przypomina wędrówkę niż klasyczną wspinaczkę. Dzięki temu całość się nie nudzi, nawet jeśli realizujesz ją długo i etapami.
Jeżeli chcesz podejść do tematu naprawdę dobrze, zacznij od tego, co dla ciebie jest najważniejsze: czy zależy ci na oficjalnym tytule, czy na samej przygodzie. W pierwszym przypadku pilnuj dokumentów i zasad. W drugim wystarczy dobra mapa, sensowny plan i gotowość do tego, że niektóre wyjazdy będziesz chciał powtórzyć tylko po to, by nacieszyć się trasą bez presji wyniku.
Ja właśnie tak widzę Koronę Gór Polski: jako uporządkowany, ale nie sztywny pretekst do poznania różnych twarzy gór w naszym kraju. Jeśli podejdziesz do niej spokojnie, z planem regionów i z szacunkiem do pogody, dostaniesz nie tylko komplet na liście, ale też dużo lepsze rozumienie polskich gór niż po przypadkowych, jednorazowych wejściach.